Marta z mężem Maksymilianem

IMG_1349Marta Szymura, z domu Wencel – urodziła się w 1918 r. Przed wojną mieszkała z rodzicami  przy ul. Głównej w Jejkowicach. Wyszła za mąż 7 listopada 1939 r. Planowane było huczne duże wesele, jednak z powodu wojny zorganizowano tylko małe przyjęcie. Brat Marty – Jan pracował w starostwie, stąd też wiedzieli, że Niemcy są blisko. Mieli dwójkę dzieci: mnie i starszego o dwa lata brata.

Kiedy front przesunął się na teren Jejkowic – cała rodzina przeniosła się do piwnicy sąsiada naprzeciwko. Dom, który musieli opuścić – a był to dom połączony ze stodołą ze słomianym dachem – został podpalony przez Rosjan. Maksymilian próbował go gasić, jednak nie zdołał, wszystko spłonęło. Cała chałupa Marty spłonęła razem z całym dobytkiem. A posiadała wtedy dość pokaźne wiano: poszwy, pierzyny, meble do kuchni. Potem ewakuowali ich do Pilchowic. Kuzynka (rocznik 1939) dobrze zapamiętała tę ewakuację. Maria Wencel miała problemy z chodzeniem, bardzo bolały ją nogi, prosiła, żeby ją zostawić. Ludzie ładowali najpotrzebniejsze rzeczy i szli pieszo. Na wózek załadowano pierzyny i małą Małgosię [podobno byłam bardzo zmierzła]. Kuzynka wszystko pamięta, jak ten wózek ciśli.

NItner w Jajkowicach, ul. Gajowa (1)Maksymilian ponoć chodził do Jejkowic sprawdzać, czy można wrócić na swoją ziemię, bo w Pilchowicach nie było łatwo. Jedli to co im ludzie dali. Szkoda, że nie pamiętam – ale może dobrze że nie pamiętam… Jak wrócili, to nie było nic. Marta przeprowadziła się do domu od męża, bo ten dom był tak na boku – jakieś 1,5 km dalej, więc się ostał. To był stary dom.

Maksymilian uchronił się od wojska dzięki pracy w fabryce broni w Kędzierzynie Koźlu. Jednak nie była to praca bezpieczna. Fabryka była dobrym celem nalotów. Za każdym razem, gdy słyszano, że będzie nalot – Marta umierała ze strachu o życie męża. Dojeżdżał do pracy rowerem do Suminy, a z Suminy do Kędzierzyna pociągiem.

Maksymilian był stolarzem, więc pomału po powrocie do Jejkowic odremontował wnętrze domu: zrobił stołki, łóżko, szafę, kuchenny byfyj. Było widać, że to wszystko jest od ręki robione. Nie było wesoło. Pieniędzy nie było. Więc poszedł pracować na kopalnię – ale tylko na powierzchni, więc grosze płacili. W tym czasie Marta zajmowała się gospodarstwem. Dbała, żeby mleko było. Pomału dawali radę, ale nigdy się nie dorobili na tym gospodarstwie.

Marta [moja mama] była normalną gospodynią, hodowała prosiaki, krowy.Wszystkim się trudniła. Chodziła po weselach. Była główną kucharką, kołocz piekła. Poza tym szyła sukienki do szkoły, bo nie było. Teraz na wesele kucharki wiozą autami – a ona – na rowerze, obojętnie czy była piąta rano, i tym rowerem wracała o 12 w nocy. Sama. Wtedy się jeszcze nie bali niczego.

Maksymilian Szymura zmarł w 1998 r., a Marta Szymura – w 2008. Mama przeprowadziła się do mnie dopiero wtedy, jak była chora. Mieszkała u mnie 8 lat.

Niestety dużo nie opowiadała o przeszłych czasach, nie było kiedy.


 

Historia pani Małgorzaty Nitner, opracowała: Paulina Dróżdzel

Reklamy